czwartek, 8 kwietnia 2010

Przepis na biskupa, czyli propagandowa kupa.


W 1989 r. Kult z Kazikiem Staszewskim na czele wydał płytę Kaseta. Znalazł się na niej utwór "Po co wolność", który na stałe wszedł do historii rocka. Słowa "Po co wam wolność? Macie komu oddawać cześć." odwołują się do czasów komunizmu w Polsce. Upadek komunistycznych władz mógł świadczyć o upadku sztucznych autorytetów i końcu wywyższania zwykłych ludzi ponad masę. Niestety tak się nie stało. Dzisiaj społeczeństwo nie ubóstwia Stalina, czy polskich komunistycznych działaczy. Ich miejsce zajmują duchowni. To smutne, zważywszy na to, że Kościół odegrał swoją rolę w zniszczeniu komunistycznych władz.

12 marca w naszej szkole, a mianowicie PG7 w Wałbrzychu miała miejsce wizyta biskupa Adama Bałabucha. Informacje i zdjęcia możecie znaleźć tutaj. Już 2 tygodnie wcześniej napoczęto przygotowania do tej jakże ważnej wizyty, uczniom w ten dzień nakazano założenie stroju szkolnego (Oczywiście ubrałem najbardziej kolorowe ciuchy jakie miałem do dyspozycji). Ateiści i innowiercy nie byli zwolnieni z udziału w apelu (a jeśli byli to nie zostałem o tym poinformowany), co powinno świadczyć o świeckim podejściu do apelu. Niestety tak nie było. Przewodniczący szkoły powitał biskupa używając słów "czcigodny gościu" (Bardzo duża przesada, to że się ma sukienkę i różowy czepek na głowie jeszcze nie świadczy o tym czy ktoś jest "czcigodny") i "Dla wszystkich szkole wizyta jego ekscelencji jest wielkim zaszczytem." (Kłamstwo! Nie można wypowiadać się za ogół. Dla mnie ta wizyta była gwałtem na niezawisłości szkoły jako świeckiej instytucji, a większość uczniów miała to wszystko w dupie) Następnie grupa taneczna zaprezentowała wszystkie możliwe tańce grupowe i prezentacja multimedialna o naszej szkole (przedstawiła przerysowany i przesłodzony obraz rzeczywistości). Biskup zabrał głos i wezwał ludzi do pomodlenia się. Więc wszyscy poza mną i nauczycielem od fizyki zaczęli się modlić. I nagle ze wszystkich stron nauczyciele zaczęli pożerać zbulwersowanym spojrzeniem mnie z szyderczym uśmiechem na ustach, trzymającego ręce w kieszeni. Następnie biskup wygłosił swoje przemówienie, cieknące katolicką propagandą, po czym został ciepło pożegnany przez dyrekcje i nauczycieli. Ja zostałem pożegnany jako degenerat, który "nie umie się odpowiednio zachować w tak poważnej i podniosłej sytuacji". A ja tylko protestowałem.

Najsmutniejsza była cisza, która biła od szarej masy ulegającej tej paskudnej indoktrynacji. Nikt nie mówił, że mu się to nie podoba, że to bzdury. Nie ma ludzi czcigodnych, powinna nas tego uczyć historia.

Wolna szkoła, religia do kościoła!

czwartek, 4 lutego 2010

Zrozumieć stan wojenny, czyli godzina policyjna (dla nieletnich)


Czyli niestety również dla mnie. Dorośli, którzy mają prawa wyborcze nie zwykli dbać o prawa nieletnich, stąd władza bez problemu dokopuje tym najmłodszym. Przykładem były chociażby mundurki szkolne. Kiedy panu Giertychowi zapaliła się w pustym łbie żarówka, nie znalazł się nikt kto by ją nie stłukł. Skończyło się na tym, że przez rok (chyba) wszystkie szkoły w Polsce naruszały prawa uczniów.

W dniu 30 stycznia roku bieżącego o godzinie 1.37 (Dla ciekawskich - wracałem z koncertu Defektu Muzgó) zostałem zatrzymany przez funkcjonariuszy policji. W ten ciekawy sposób dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak "godzina policyjna dla nieletnich". I miałem tylko jedno skojarzenie - Stan wojenny '81-'83. I nawet jeżeli to prawo istnieje po to, żeby mnie chronić, to odczułem na własnej skórze, że nie jestem wolny. Nawet jeżeli państwo takim prawem chcę o mnie dbać, to ja poczułem się jak przestępca. Byłem wyjątkowo trzeźwy (na koncertach nie piję) i miałem czyste sumienie. Moja matka wiedziała gdzie byłem i co robiłem, a państwo nie powinno się tym interesować. Z mojego punktu widzenia, jest to naruszenie wolności obywateli - nie wszystkich, jedynie tych, którzy prawa głosu nie mają. Smutnym jest fakt, że dla młodych ludzi wracających w nocy do domu, zagrożeniem nie są przestępcy, a policjanci.

Jak skończyła się ta historia? Policjanci okazali się później całkiem mili. Odprowadzili mnie do domu i nie chcieli już budzić mamuśki. Zostałem jednak odnotowany i dostrzegłem nowy problem XXI-wiecznej Polski - wolność nieletnich.

piątek, 15 stycznia 2010

Zwolnienie z lekcji religii - ostateczny sukces i problemy napotkane na drodze.


Jeżeli, czytałeś moje wcześniejsze posty to doskonale wiesz, że miałem olbrzymie problemy z namówieniem matki do wypisania mnie z religii. Jeżeli nie wiedziałeś, to teraz wiesz. Padały wciąż te same argumenty: "ślub kościelny", "a może zmienisz zdanie", "a przecież ksiądz jest spoko" (Owszem Ksiądz był spoko, o czym zaraz), "wszyscy w rodzinie to katolicy". Innymi słowy leciały standardowe dyrdymały. W końcu pod wywieraną od długiego czasu presją, podpisała ten jakże cenny papier. A ksiądz rzeczywiście był spoko. Był spoko do tego stopnia, że nie chciałem wszczynać dyskusji. Religia była raz na miesiąc, ogólnie wolne lekcje. Nie czepiał się, że się nie modliłem i nie miałem zeszytu. Wpisywał wszystkim 6, łącznie ze mną. Luźny facet, o którym gadałem o niemal wszystkim. Omijając jak ognia tematu religii, bo tam się nie zgadzaliśmy. Od początku uprzedzałem, że walczę o zwolnienie. I stało się przyniosłem kartkę, na godzinie wychowawczej dałem wychowawcy. Wychowawca po konsultacji z dyrekcją skreślił moje oceny. Kłopoty spotkały mnie w środę, kiedy to na drugiej lekcji mieliśmy oficjalnie religie. Ja ten czas spędziłem w bibliotece (Szkoła nie organizuje nam etyki). Naprawdę ciężko opisać co czułem, gdy na ścianie biblioteki ujrzałem całkiem spory katolicki krzyż. Na przerwie po religii zaczepił mnie bardzo niezadowolony ksiądz, który nie chciał do końca zaakceptować mojego odejścia. Na koniec powiedział, że "do tej pory uważał mnie za swój pedagogiczny sukces, teraz stałem się jego pedagogiczną porażką". Było mi smutno, bo niewątpliwie bardzo księdza lubiłem i nadal lubię. Ale jestem przeciwnikiem prowadzonego przez niego przedmiotu i tworzy to niestety swoisty dylemat. Wybrałem walkę o wolny świat i mam nadzieję, że sympatie księdza uda mi się chociaż częściowo odbudować. Co zaobserwowałem po tym zdarzeniu? Zaobserwowałem, że ten system jest skonstruowany tak, żeby po pierwsze - zniechęcać ateistów do rezygnacji z tych zajęć, po drugie - na każdym kroku pokazać dominacje Kościoła Katolickiego. Ten system musimy zmienić.

środa, 30 grudnia 2009

Zeby Polak zobaczył, gdzie liczy się wolność, a gdzie liczy się władza.

Jako anarchista, absolutnie popieram inicjatywę czeskiego rządu o legalizacji niektórych narkotyków. Nie żyjemy w średniowieczu, Czechy (tak samo jak podobno Polska) są republiką - własnością ludu. Dlatego zawszę irytuje mnie fakt, że siada sobie grupa ludzi i ogranicza wolność obywateli, chociażby zakazem posiadania narkotyków. To za komuny państwo "dbało" o zdrowie i szczęście obywateli. Dzisiaj, każdy ma prawo zdecydować i każdy ma prawo samemu dbać o siebie. Tym samym uważam, że niepotrzebna ingerencja państwa w życie obywateli, jest nie tylko zbędna, ale też szkodliwa. Każdy bezsensowny przepis, który narusza naszą wolność powinien zostać jak najszybciej usunięty. A jaki przepis uważam za sensowny? Taki, który broni kogoś przed krzywdą wyrządzoną ze strony kogoś innego. Jeżeli ktoś chcę krzywdzić siebie, to powinien - jako istota wolna, mieć do tego prawo.

Właściwie to zastanawia mnie skąd wziął się zakaz posiadania narkotyków, czy jest to efekt nadmiernej troski o obywatela, czy jedynie chęć pokazania władzy, bądź zadbania o stan siły roboczej.

Mieszkam w Wałbrzychu, praktycznie pod samą granicą. Nie wykluczam w przyszłości wypraw na Czechy, o ile oczywiście sytuacja w Polsce się nie zmieni.

piątek, 16 października 2009

Starzy i młodzi mogą żyć w pokoju - Jeśli chcą.

Czy wiek sam w sobie jest powodem do szacunku?

Nie. Uważam że szacunek warunkuje doświadczenie i poziom intelektualny. Większość starszych ludzi doświadczenie posiada, z poziomem intelektualnym bywa różnie. Myślę, że młodzież szanuje starszych, którzy nie unoszą się swoim wiekiem, mają coś do przekazania, jak również słuchają tego co mówią młodzi. Takich ludzi jest niestety bardzo nie wiele.
Mówi się, że młodzież jest chamska wobec starszych. Niestety często jest to prawda. Niestety często starsi nie pokazują wyższego poziomu i odpowiadają chamstwem na chamstwo. Niestety w tym konflikcie obie strony są winne po równo.

Trzy historie o staruszkach

O szczerym szacunku do dziadka filozofa
Niedaleko mnie mieszka pewien starszy człowiek. Nie ma rodziny, żyje samotnie. Jest to człowiek skromny i ubogi, utrzymuje się jedynie z emerytury. Nie znam go dobrze, ale wiem że jest wykształcony - i to bardzo. Szanuję go. Zawszę gdy przechodzę witam go. Czasem uda mi się zamienić z nim kilka słów, mówi przysłowiami, porównaniami, metaforami - czasem przekaże jakąś mądrą filozoficzną myśl. Nie chełpi się swoim wiekiem, doświadczeniem czy wykształcenie. Nie wiem czy moi rówieśnicy również mają do niego taki stosunek, ja uważam go za przykład idealnego staruszka.

"Przed wojną była lepsza szynka"
Pewnego razu zatrzymałem się w barze mlecznym na obiad. Jako że ludzi było sporo przysiadłem się to pewnej uśmiechniętej staruszki pochłaniającej porcje lodów. Starsza pani od razu nawiązała rozmowę, z której wyciągnąłem bardzo wiele. Opowiedziała mi o przedwojennej Polsce, o tym jak mieszkała w Warszawie i wyjechała na wieś gdy rozpoczęła się wojna. Twierdziła, że przed wojną wszystko było lepsze - z szynką na czele. Nie brakowało jej poczucia humoru, którego nie posiada większość staruszków. Jej dowcipy wyciskały ze mnie śmiech jak nigdy.

Batalion Rydzyka - czyli po najbardziej moherowe mohery jakie widziałem
Zapowiadało się spokojnie. Podobnie jak każdego innego dnia wraz z grupą rówieśników wsiadłem do autobusu. Wszyscy wracaliśmy ze szkoły i zabijaliśmy czas rozmową. Nieopodal nas siedziały trzy starsze panie. W pewnym momencie jedna z nich stwierdziła, że jesteśmy za głośno. Jeden z kolegów odpowiedział "Jak pani hałas przeszkadza to niech pani jeździ taksówką." - Może i stwierdzicie, że było to chamskie, ale miał racje. Z resztą one ględziły nie ciszej niż my. Niestety uniesione pychą staruszki nie dały za wygraną i zaczęły wyzywać nasze koleżanki od kurw, dziwek itd. Staruszki, z krzyżykami i medalikami na pomarszczonych szyjach "pouczały nas" słownictwem rodem z rynsztoku. Nie trzeba było długo czekać na ripostę ze strony młodego pokolenia. Oczywiście wynikła z tego długa i bezsensowna kłótnia. Na szczęście zbliżaliśmy się do mojego przystanku, więc wstałem kierując się w stronę drzwi. Gdy zostałem nazwany "długowłosym popierdoleńcem" rzekłem jedynie: "Proszę pozdrowić Ojczulka Rydzyka i całą rodzinę Radia MaRyja". Nie wiedziałem nawet w jak czuły punkt trafiłem, bo staruszka aż poczerwieniała i wrzasnęła: "WYPIERDALAJ!". Otworzyły się drzwi, więc z chęcią spełniłem prośbę kobiety.
Nie miałem wyrzutów sumienia, te staruszki nie zasługiwały na szacunek.

Wiek zobowiązuje

Podsumowując - Wina konfliktów starczo-młodzieńczych leży po obu stronach. Rodzą się one z nieuzasadnionej niechęci jednej grupy do drugiej. Myślę że starsi ludzie często czują się niedoceniani - żyli w cięższych czasach, walczyli o wolność, a dzisiaj żyją z marnej emerytury. Nie dość, że państwo ich kopie w dupę, to jeszcze - reszta społeczeństwa zapracowana, zajęta i zabiegana w dzisiejszym świecie, który przecież oni nam budowali, zapomina o nich. Starsi oczekują szacunku - chociaż w tak błahej sprawie jak ustąpienie miejsca w autobusie. A brak takiego szacunku lub jego niedostrzeganie sprawia, że starsi są agresywnie nastawieni do młodzieży. Młodzi natomiast żyją dniem dzisiejszych i zapominają o staruszkach. A gdy staruszki przypominają o sobie w sposób agresywny - młodzi odpowiadają agresją bo starszych nie rozumieją.

Uważam jednak, że starsze osoby, które o życiu wiedzą znacznie więcej niż młodzież, powinny dawać młodym przykład, a nie odpowiadając chamstwem na chamstwo. Dopiero wtedy mogą myśleć o szacunku. A młodzież... Młodzież to w gruncie rzeczy szczeniaki, jesteśmy szczeniakami. Nie usprawiedliwiam chamskich zachowań, ale to my się uczymy. A starsze pokolenie powinno świecić przykładem, bo jeśli świeci - to jest szanowanie

środa, 7 października 2009

Krucjata przeciwko sztuce i wolności

Jak ogłosiły dzisiaj polskie portale, poseł Górski z pewnej nielubianej partii okazał oburzenie obecnością gejowskiego filmu pornograficznego w galerii sztuki. Po raz kolejny mamy okazje zobaczyć w jakim zaściankowym państwie żyjemy. Kilka lat temu w mediach szumiało o wyroku na Dorocie Nieznalskiej, która to w swojej instalacji "Pasja" umieściła w metalowym krzyżu zdjęcie męskich genitaliów. Nie trudno się domyślić, że środowiska konserwatywne unosiły się swoją głęboką wiarą i uczuciami religijnymi, żeby tylko potępić artystkę... Należy zadać sobie pytanie, czy gdyby gdyby na tej wystawie kształt krzyża został zastąpiony przez Gwiazdę Dawida lub Półksiężyc to ktokolwiek w Polsce zwróciłby uwagę na obrazę uczuć religijnych? I czy jest to hipokryzja czy egoizm?

Nie widziałem wystawy "Siusiu w torcik", więc ciężko mi się wypowiedzieć na jej temat. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy film pornograficzny może uchodzić za sztukę? Wszystko zależy od tego jaką definicją się posłużymy. Moim zdaniem za sztukę może uchodzić wszelka TWÓRCZA działalność człowieka. Uważam też, że sztuka niekoniecznie ma budzić zachwyt. Sztuka równie dobrze może budzić zniesmaczenie, wzruszenie, zbulwersowanie, wściekłość, czy jakąkolwiek możliwą reakcje. Nie oglądałem filmu "Chłopcy Fantomowcy" (i nie mam zamiaru) i nie wiem czy rzeczywiście jest to film twórczy czy jedynie bzykanie na ekranie, ale sądzę że autorowi nie do końca chodziło o sam film. Wydaje mi się, że artyście chodziło tu właśnie o zbulwersowanie i o łamanie stereotypów. Ten film stanowił część prowokacji, a to prowokacja jest w tym przypadku sztuką. Zastanawia mnie czy poseł Górski wyraziłby swoje oburzenie wystawą, gdyby jej elementem był film pornograficzny z heteroseksualną parą? A jeśli tak to może w ogóle zajmie się
oczyszczaniem internetu z pornografii.

Trzymam się stanowiska, że cenzura godziłaby w wolność obywatelską. Dlatego mimo iż mi się to niekoniecznie podoba, jeżeli ktoś chcę puszczać pornole w galerii i są ludzie, którzy chcą tą sztukę oglądać i podziwiać(?) to sądzę, że tak powinno być. Jeżeli kogoś widok gejowskiej erotyki bulwersuje lub po prostu się nie podoba, nie musi iść na wystawę, nikt go nie zmusza. Ważne jednak, żeby przed wejściem do pomieszczenia z takim pokazem znalazło się stosowne ostrzeżenie (Z tego co pisze onet wynika, że "Siusiu w torcik" takie ostrzeżenia posiadało), bo gdybym na przykład przyszedł prosto z sytego obiadu do galerii mógłbym niespodziewanie obiad zwrócić. Nie ucieszyłbym się ani ja, ani personel galerii.

wtorek, 6 października 2009

Cuda i cudowności

Post odnośnie debaty na blog.pl - http://cud-w-xxi-wieku.debata.blog.pl/

Czy wierzę w cuda?

Jestem ateistą. Zdaje sobie jednak sprawę, że nasza wiedza naukowa jest niczym w porównaniu z ogromem wszechświata i uważam, że głupotą by było negować istnienie cudów. Cudem jest bowiem to, że żyjemy. Nie wiemy jak dokładnie życie powstało i skąd powstało. Osoba wierząca może dopatrywać się tu ingerencji boga. Ja uważam jednak, że mogło się to stać w procesie, którego nasza nauka nie jest póki co w stanie wyjaśnić, ale może kiedyś będzie w stanie to wyjaśnić. I mimo iż wierzę w racjonalne wyjaśnienie powstania życia na Ziemi, nie odbieram mu miana CUDU. Innymi takimi cudami można by nazwać powstanie wszechświata, wykształcenie się świadomości istnienia, uczuciowości itp. I nawet gdybyśmy poznali racjonalne wyjaśnienie tych zdarzeń (które prawie na pewno istnieje!), nie odbierałbym im miana cudu. Bo są to PRAWDZIWE CUDA.

O cudach domowej roboty i błędnych interpretacjach
Nie ukrywajmy, że dzisiaj, gdyby w twoim kiblu wyhodował się grzyb przypominający kształtem Matkę Boską, wystarczyłaby wizyta komisji kościelnej i odrobina szczęścia, żeby twoja łazienka stała się miejscem kultu i celem pielgrzymek. Za 50 lat w miejsce twojego domu postawiono by katedrę, a za 100 lat twoja miejscowość słynęłaby z objawienia "Matki Boskiej Toaletowej". Tym samym, niekoniecznie należy wierzyć w cuda promowane przez kościół, gdyż najprawdopodobniej jest to mistyfikacja, przypadek albo błędna interpretacja. Jeżeli jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem niewyjaśnionym, jest kwestią wiary, czy uznamy to za ingerencje istoty nadprzyrodzonej czy też nie. Warto jednak pamiętać, iż cuda w XXI wieku, erze sceptyzmu i racjonalizmu byłyby bardzo przydatne dla kościoła. Ludzie przestają wierzyć w 2000-letnie świstki, dlatego kościół stara się promować cuda. W XXI ludzie lgną do sensacji. Dlatego promując grzyb na ścianie w kiblu, jako wizerunek Matki Boskiej kościół ma szansę przyciągnąć do siebie rzeszę wiernych. A o mistyfikacji cudów przez kościól, również trochę słychać było. To co najbardziej mi zapadło w pamięć to umieszczanie surowego mięsa w pomnikach, czy obrazach, tak aby sprawiały wrażenie krwawiących. Dlatego też co do cudów religijnych jestem nastawiony nadzwyczaj sceptycznie.

O cudzie (?) w Sokołówce
Nie mam pojęcia co stało się w Sokołówce. Na ile jednak z dwóch pierwiastków - Helu i Wodoru wyewoluowała cała tablica Mendelejewa jestem w stanie uwierzyć, że na skutek, jakiś nie znanych nam reakcji (ale możliwej do racjonalnego wyjaśnienia) tkanka hostii przemieniła się w tkankę przypominającą tkankę ludzkiego serca. Uważam, że najbardziej prawdopodobną opcją jest mistyfikacja i nie trzeba jej specjalnie wyjaśniać. Ktoś podrzucił na hostie tkankę serca, czy czegoś podobnego i zrobił z tego sensacje. Jak głosi artykuł na onecie: "Trzej profesorowie seminarium duchownego w Białymstoku mają wykluczyć interwencję osób trzecich.(...)" Osobiście uważam, że seminarium duchownemu mogłoby zależeć na tym, żeby zdarzenie to rzeczywiście zostało uznane jako cud. Tym samym sądzę, że takie "śledztwo" powinny przeprowadzić osoby obiektywne i niezwiązane z tą sprawą, a najlepiej z jakimś doświadczeniem w takich sprawach.

Na koniec, o tym co rozśmieszyło mnie najbardziej: "Mamy do czynienia z materią niezwykle subtelną. Jeśli wyznajemy, że jest to ciało Chrystusa, to nie można tak sobie ciąć na kawałki i poddawać badaniom. Trzeba zachować ostrożność i swoistą bojaźń" - Najlepiej badania przeprowadzać na szczypcach i probówkach poświęconych przez samego papieża.

Świat jest pełen zagadek, ale odpowiedzi powinniśmy odnajdywać, a nie wymyślać.

niedziela, 29 marca 2009

O przymusie religijnym w polskiej szkole


Od pewnego czasu jestem zdeklarowanym ateistą. Ludzie z mojego najbliższego otoczenia wiedzą jaki mam stosunek do Religi. W Polsce swoboda religijna jest jednak znikoma. Według polskiego prawa dopóki nie skończę 18 lat o moim wyznaniu i tym czy uczestniczę w lekcjach religii w szkole decyduje rodzic. Dostrzegam jednak pewną sprzeczność z 1 punktem artykułu 14 konwencji praw dziecka, którą Polska ratyfikowała w 1991 roku:

Artykuł 14

1. Państwa-Strony będą respektowały prawo dziecka do swobody myśli, sumienia i wyznania.

Brzmi rzeczywiście zachwycająco. Jednak punkt 3 tego samego artykułu wprowadza już pewne ograniczenia.


3. Swoboda wyrażania wyznawanej religii lub przekonań może podlegać tylko takim ograniczeniom, które są przewidziane prawem i są konieczne do ochrony bezpieczeństwa narodowego i porządku publicznego, zdrowia lub moralności społecznej bądź podstawowych praw i wolności innych osób.

Jednak czy ograniczenie wolności wyznaniowej nałożone na mnie i na moich rówieśników jest „konieczne do ochrony bezpieczeństwa narodowego i porządku publicznego, zdrowia lub moralności społecznej bądź podstawowych praw i wolności innych osób”? Nie. Skąd więc takie ograniczenie i lekcje religii w szkołach? Odpowiedzi mogą paść różne, jednak moim zdaniem najważniejszym celem lekcji religii w szkołach jest podtrzymanie kościoła katolickiego. Religia nauczana w szkołach to jedna z najsprytniejszych i najbardziej egoistycznych posunięć kościoła katolickiego i jednocześnie jedna z najbardziej absurdalnych decyzji polskiego rządu, która sprawia że chwilami czuje się tu jak w Watykanie. Przedmiot ten zostaje wprowadzony już w 1 klasie szkoły podstawowej. Potencjalny uczeń ma 7 lat, uczy się czytać i pisać, dopiero poznaje świat. Siedmiolatek jest bardzo łatwowierny i podatny na wpływy. Jako iż nie posiada ani trochę wiedzy potrzebnej do przeanalizowania wiedzy, ślepo wierzy w to co usłyszy od rodziców, nauczycieli, starszych kolegów itd. Jeżeli nauczyciel powie że Ziemia jest okrągła i kręci się wokół słońca – siedmiolatek uwierzy. Jeżeli nauczyciel powie że światem rządzą latające szympansy z patelniami przylegającymi do pośladków – siedmiolatek prawdopodobnie również uwierzy. Jeżeli ksiądz/katecheta powie że świat został stworzony w 6 dni przez Boga, który wypędził z raju Adama i Ewę tylko dlatego, że pod namową gadającego węża zjedli owoc z nie tego drzewa co powinni – nasz siedmiolatek również uwierzy. Dlatego przez następne lata edukacji ksiądz/katecheta nie będzie miał problemów, żeby wpoić przyszłemu pokoleniu że należy w każdą niedziele chodzić do kościoła, przystępować do sakramentów nie jeść mięsa w post i nie onanizować się, bo inaczej bóg ześle je do piekła (No, jak będą mieli szczęście to do czyścca). Większość uczniów bezmyślnie zaakceptuje zgromadzoną wiedzę i część z nich będzie przestrzegać nakazów kościoła (tj. wierzący) a druga część z nich nie będzie robiła nic, ale będzie wierzyła w słowa księdza (tj. „wierzący-niepraktykujący”). Jedynie niewielka część uczniów pomyśli własnym rozumem, przeanalizuje fakty i wyciągnie racjonalny wniosek.

Zacznijmy od tego, że nikt nigdy nie udowodnił istnienia jakiegokolwiek boga i nikt nigdy nie udowodni. Istnienie istoty wyższej, która stworzyła świat jest jedynie hipotezą Jeśli jednak wierzysz w Boga, nikt cię nie przekona o jego nieistnieniu, mi nawet na tym nie zależy. Kwestią, którą jednak muszę poruszyć jest kwestia Pisma Świętego, które to uważam za (I tu przepraszam wierzących za określenie) totalny stek bzdur. Pomijając bajeczki o stworzeniu świata i Arce Noego, biblia zawiera wiele sprzeczności, głupoty i barbarzyństwa. Księga, która jest fundamentem wiary nawołuje do dyskryminacji niepełnosprawnych i chorych (Pwt 23:2), mordowania nieposłusznej młodzieży (Pwt 21:18-21), mordowania osób pracujących w niedziele (Wj 35:2), mordowania bluźnierców (Kpł 24:13-14), mordowania czarownic (Wj 22:17) a także mordowania kobiet, które współżyły przed ślubem (Pwt 22:20-21). Nie mam pojęcia jak te fragmenty można odnieść do przykazania „Nie zabijaj”, ale z przypuszczam iż nawet osoby wierzące nie nazwałaby ich „Słowem Bożym”.

Kolejną ważną kwestą jest powiązanie wyznania z tradycją. Nie można wierzyć w coś tylko dlatego że nasi rodzice i dziadkowie w to wierzyli, tym samym uważam, że rodzice i dziadkowie nie mają najmniejszego prawa narzucać dzieciom swoich przekonań religijnych. Bo kiedy małe dziecko jest chrzczone nawet nie wie nic o świecie i natychmiastowe wcielanie go do jakiegoś związku wyznaniowego jest nie tyle absurdalne, co oburzające. A taka praktyka występuje praktycznie w każdej religii. Powiem więcej, dzieci katolickie mają więlkie szczęście że nie są dziećmi żydowskimi, bo wówczas czekałoby je obrzezanie (I gdzie tu jest sprawiedliwość?). Należy też pamiętać, że zmiana wyznania nie jest wcale ciosem wymierzonym w rodzinę, tradycje, ojczyznę itd. To w co wierzymy jest sprawą naszego sumienia, do której nikt poza nami samymi nie ma prawa wnikać. Dlatego jeśli nie wierzysz w boga, nie udawaj że wierzysz, nie bądź pseudokatolikiem. Nie oszukuj samego siebie i twoich bliskich. Ateizmu, agnostycyzmu czy jakiegokolwiek innego poglądu dotyczącego boga nie należy się wstydzić. Wstydzić należy się obłudy i udawania kogoś kim się nie jest.

W rzeczywistości nie jest ważne to czy jesteś mormonem, pastafarianinem, katolikiem, judaistą, protestantem, muzułmaninem, ateistą, buddystą, świadkiem Jehowy, satanistą, agnostykiem, panteistą czy kimkolwiek innym. Najważniejsze jest to czy jesteś nim z własnej, nieprzymuszonej woli. Wiara z przymusu nie jest wiarą.

sobota, 28 marca 2009

Początek.

Początki nigdy nie były proste. Od początku świata wiemy że początki są bardzo trudne. Tak jak ten początek jest trudny i "potencjalnie problematyczny". Ten post jest początkiem początku.
Początek czas zacząć.